Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolejkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolejkowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 listopada 2011

Zaopiekuj się moją mamą

Autor: Shin Kyung-Sook 
Tytuł oryginału: Eommareul Butakhae
Tłumaczenie: Marzena Stefańska-Adams, Anna Diniejko-Wąs
Wydawnictwo: Kwiaty Orientu
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 175
Ocena: 4


Źródło: kolejkowo


Moje przemyślenia na temat tej książki nie będą długie. Bo nie mam pomysłu na jej opisanie. Wycisnęła ze mnie tyle potu, zmusiła do intensywnego wysiłku, a na koniec nawet nie przysporzyła zbyt wiele radości z tego, co przeczytałam. Po raz pierwszy miałam do czynienia z prozą koreańską. Być może dlatego, że nasze kultury, a zatem i postrzeganie kultu rodziny, znacznie się od siebie różnią, z jednej strony potrafiłam zrozumieć to, co działo się w książce, z drugiej zaś zupełnie tego nie ogarniałam. Owszem, historia rodziny, która traci matkę na dworcu w Seulu jest niepowtarzalna, opisana z perspektywy córki, syna, męża, a także samej zaginionej, wnosi jakąś innowację z moje dotychczasowe doświadczenia. Chyba nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się czytać czegoś równie przesyconego emocjami. Tak, ta powieść jest PRZESYCONA. 

Nie potrafiłam też odnaleźć się w sposobie narracji - w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak jakby narrator  nie zwracał się do nas, czytelników, ale do bohatera czy bohaterki. Jakby czytelnik w tym wszystkim był niepotrzebny. Miałam wrażenie, jakby autorka prowadziła monolog z samą sobą.  To było strasznie deprymujące  i czasami wręcz zniechęcało do czytania.

niedziela, 6 lutego 2011

Żona piekarza

Autor: Marcel Pagnol 
Tytuł oryginału: La femme du boulanger
Tłumaczenie: Krzysztof Chodacki
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 236
Ocena: 5,5


Źródło: Kolejkowo

Zostałam bardzo mile zaskoczona przez Marcela Pagnola. Po pierwsze - sądziłam, że jest to młody wschodzący pisarz, a tu okazuje się, że nie żyje, a historia opowiedziana w książce została zekranizowana już w 1938 roku. Po drugie - nie spodziewałam się, że jest to utwór dramatyczny, a konkretnie komedia. Rzadko ostatnimi czasy ludzie czytują ten gatunek literacki (wyjątkiem wydaje się być E.E. Schmitt), a tu taka popularność. Zupełnie nie wiem dlaczego z góry przyjęłam, iż będzie to krótka historyjka z miłością w tle, a przecież przed przeczytaniem zerkałam do serwisów książkowych. Po trzecie - nigdy jeszcze nie czytało mi się utworu dramatycznego tak szybko! Zawsze gubiłam wątek albo wciąż wracałam do strony, gdzie wypisani byli wszyscy bohaterowie, by móc ogarnąć treść. A tu akcja rozkręcała się ze strony na stronę i na dodatek było coraz weselej. Czułam się trochę speszona, gdy w miejscach publicznych zdarzało mi się parsknąć śmiechem. 

Tyle tytułem wstępu. Teraz krótkie przypomnienie treści. Do małego francuskiego miasteczka w Prowansji (ten region mówi sam za siebie), w którym większość mieszkańców trwa w sporach i nienawiści od pokoleń, przyjeżdża piekarz z żoną. Wcześniej jego poprzednik pił na umór i ostatecznie skończył na stryczku w swej piwnicy. Następca okazuje się godny, piecze bowiem najlepszy w świece chleb. Wszystko to zawdzięcza pięknej i młodej żonie, która wyzwala w nim pokłady energii i chęci do wydobywania z ciasta tego, co najlepsze. Niestety radość mieszkańców nie trwa długo. Już pierwszego dnia działalności nowej piekarni żona zakochuje się bez pamięci w pasterzu i namawia go do wspólnej ucieczki. Tak też robią. Tymczasem piekarz zupełnie nieświadomy tego, jakież to rogi małżonka mu przyprawiła, przesypia moment wyjęcia chleba z pieca (do tej pory zawsze ona budziła go na czas). Mężczyzna zaczyna się zastanawiać, gdzie ukochana mogła pójść o tak wczesnej porze...? Jest niedziela - może do kościoła? Albo odwiedza matkę, w końcu mieszka niedaleko... Po nitce do kłębka, prawda wychodzi na jaw. Niestety piekarz nie chce przyjąć jej do wiadomości i oświadcza mieszkańcom, że dopóki jego żona nie wróci do domu, chleba nie będzie. I basta! 

Ludzie są załamani - po raz kolejny tracą szansę na własny chleb tuż za rogiem. Znowu staje przed oczami wizja kilkugodzinnej podróży do następnego miasteczka. Nikt nie ma ochoty podjąć się tego wyzwania. Mieszkańcy postanawiają zbratać się w tym wyjątkowym czasie i podjąć misję odszukania żony i sprowadzenia jej do domu. Przed nimi niełatwe zadanie. Ale kto powiedział, że niewykonalne...?

Tak mniej więcej zaczyna się historia opisana przez M. Pagnola. Cudowna, zabawna, lekka i radosna, przypominająca chwilami "Zemstę" A. Fredry gra słów i niezwykle barwnie stworzone postacie to największe atuty książki. Dla mnie istotne okazało się też jej wydanie przez wydawnictwo Esprit. Duża czcionka, spore odstępy między dialogami i kremowe kartki. Wbrew pozorom to też w jakimś stopniu pozwoliło mi poczuć klimat lat 30tych ubiegłego wieku. Na koniec wspomnę też o ilustracjach na okładce i skrzydełkach w wykonaniu Rene Goscinny'ego. Chyba nie muszę dodawać nic więcej. Kto czytał spotkał na swej drodze Mikołajka ten wie, co mam na myśli. 

Gorąco polecam tę książkę dla odprężenia, poprawy humoru i relaksu. Oby jak najwięcej takich optymistycznych historii ze wspaniale przemyślanym zakończeniem. Sza po ba panie Pagnol!

środa, 20 października 2010

Rozpalmy słońce

Autor: José Mauro de Vasconcelos     
Tytuł oryginału: Vamos aquecer o sol
Tłumaczenie: Teresa Tomczyńska 
Cykl: Zezé, cz. 2
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 303
Ocena: 4


Źródło: Kolejkowo


Moja przygoda z J. M. de Vasconcelosem rozpoczęła się od "Mojego drzewka pomarańczowego". Jakże piękna to była książka. Krótka, lecz wspaniale opisana historia małego chłopca - Zezé, pół-Indianina mieszkającego w Buenos Aires (stolicy Brazylii). Historia, która bardzo często doprowadzała mnie do łez. Historia, która ukazywała jak wrażliwa jest dusza małego dziecka, jak wielka bywa jego wyobraźnia i jak nieświadomie popełnia ono błędy, za które płaci wysoką cenę. 

"Rozpalmy słońce" to dalsze losy małego kochanego Zezé, adoptowanego przez wuja - zamożnego lekarza mieszkającego w Natal. Rodzice oddali go, ponieważ był zbyt bystry i zdolny, by skończyć tak jak jego rodzeństwo - w fabryce (mam wrażenie, że Zezé, który opowiada nam swoją historię, nie chce przyjąć do wiadomości, że pozbyto się go z domu, ponieważ sprawiał zbyt dużo kłopotów). Chłopiec ma dziesięć lat, uczęszcza do elitarnej męskiej szkoły przyklasztornej. Zmuszany jest do nauki gry na fortepianie. W szkole mnóstwo kolegów, w domu przybrani rodzice, ich córka i służąca, a jednak Zezé jest sam. Samotność prowadzi do tego, że w jego życiu (czytaj: wyobraźni) pojawia się niezwykły przyjaciel - ropucha kururu, którą nazywa imieniem Adam. Zwierzę wnika w  serce chłopca i towarzyszy mu na każdym kroku. Pomaga rozstrzygać problemy i wątpliwości, których mnóstwo w małej głowie Zezé. Ale na tym nie koniec. Chłopiec wprowadza do swego świata wyobraźni jeszcze jedną postać: znanego aktora, którego po cichu nazywa swoim tatą. W jego życiu pojawia się też przyjaciel z krwi i kości, stojący za nim murem w każdej sytuacji. To ojciec Fayolle, jedyny, który dostrzega piękno duszy tego dziecka.

wtorek, 4 maja 2010

Czerwony namiot

Autor: Anita Diamant
Tytuł oryginału: The red tent
Tłumaczenie: Katarzyna Kaliska
Wydawnictwo: Rebis
Seria: Jej portret
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 432


Ocena: brak


Źródło: Kolejkowo


Winna jestem wyjaśnienia dotyczące tej pozycji. Jakiś czas temu zniknęła z listy książek czytanych, ale nie pojawiła się żadna wzmianka ani recenzja. Niestety z żalem oświadczam, że porzuciłam czytanie tej książki po 73 stronach. Nie byłam w stanie przebrnąć przez dziwaczne opisy zachowań sióstr, które kolejno przeżywały tydzień rozkoszy ze swym wspólnym mężem. Męczące opisy krwawień, porodów, wrzasków i krzyków też nie wróżyły nic dobrego, a że w kolejce czeka jeszcze mnóstwo interesujących pozycji, Czerwony namiot poszedł "w odstawkę". 
Czytałam wiele pochlebnych recenzji na temat tej książki. Być może ciekawie zaczyna się od setnej strony - nie wiem, ale i nie chcę tracić czasu. Gdyby się okazało, że brnę coraz głębiej i jest jeszcze gorzej niż na początku, miałabym do siebie pretensję. Wolę więc niewiedzę niż wyrzuty sumienia z powodu marnotrawienia tak cennego w ostatnich dniach czasu :)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Aranżowane małżeństwa


Autor: Chitra Banerjee Divakaruni
Tytuł oryginału: Arranged Marriage
Tłumaczenie: Joanna Szczepańska, Klaudia Michalak-Palarz
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 261
Ocena: 4

Źródło: Kolejkowo

Po lekturze jedenastu opowiadań pióra Ch. B. Divakaruni mam mieszane uczucia. Niestety żadne z nich nie powaliło mnie na kolana. A większość była najwyżej dobra... Być może moje odczucia spowodowane są znajomością kultury indyjskiej, zwłaszcza w kwestii wychowania czy małżeństwa więc tu autorka nie pokazała mi nic nowego. Oczywiście, wyraźnie daje czytelnikowi do zrozumienia, że aranżowane małżeństwa to problem pojawiający się bardzo często nawet poza granicami ojczyzny. Pokazuje też, w jaki sposób poszczególne osoby przystosowują się do takiego stanu rzeczy. Jak widać, nikomu tak naprawdę nie sprawia to szczęścia i radości (pomijając swatki), dlatego też dziwię się, że aranżowanie małżeństw w XXI wieku jest podstawowa formą zamążpójścia.

Korzystając z faktu, iż opisywanie poszczególnych opowiadań jest zupełnie niepotrzebne, a wręcz szkodliwe dla książki, chciałabym zamieścić tu swoje przemyślenia dotyczące kultury i tradycji w Indiach.

czwartek, 28 stycznia 2010

Manuskrypt Chopina



Autor: Jeffrey Deaver, Lee Child, Lisa Scottoline, Joseph Finder, David Hewson, Peter Spiegelman, S. J. Rozan, Erica Spindler, John Ramsey Miller, James Grady, P. J. Parrish, Jim Fusilli, David Corbett, John Gilstrap, Ralph Pezzullo
Tytuł oryginału: The Chopin Manuscript
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Rok wydania: 2008
Ilość stron: 192
Ocena: 3,5

Źródło: Kolejkowo

Od dłuższego czasu twierdzę niezmiennie, że kryminały i sensacje nie są moją ulubioną rozrywką czytelniczą. Tym razem skusił mnie tytul, zapowiedź, jakoby akcja miała toczyć się w Polsce oraz spora liczba najlepszych pisarzy gatunku. Niestety dałam się skusić...

Manuskrypt Chopina to historia miłośników sztuki muzycznej, konkretniej zaś specjalistów sprawdzających, czy partytura jest oryginałem czy też falsyfikatem (nie wiem jak nazywa się taki zawód). Rzeczywiście mowa tu o oryginalnym utworze stworzonym i spisanym przez Chopina-, znalezionym prawdopodobnie przez sztab Hitlera podczas II wojny światowej i ukrytym na Bałkanach, w cerkwi Świętej Zofii (na tych ziemiach Hitler ponoć wywoził najcenniejsze trofea, by nikt ich nie odkrył). Harry Middleton - znawca partytur i ich falsyfikatów ma jednak wątpliwości do do autentyczności tego dzieła. Otrzymał ów manuskrypt od polskiego kolekcjonera sztuki i stroiciela fortepianów - Henryka Jedynaka. Niestety na krakowskim lotnisku Middleton zostaje zatrzymany na policję i przesłuchany przez Józefa Padłę, inspektora polskiej policji. Przekonany o pomyłce - sądzi, że policja uznała manuskrypt Chopina za oryginał i oskarża go o wywóz skarbu narodowego poza granice kraju - dowiaduje się, że Jedynak został brutalnie zamordowany, a ostatnią osobą, z którą się spotkał, był Middleton we własnej osobie.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Jaskółki z Kabulu



Autor: Jasmina Khadra (właśc. Mohammed Moulessehoul)
Tytuł oryginału: Les hirondelles de Kaboul
Tłumacz: Barbara Przybyłowska
Wydawnictwo: Amber
Seria wydawnicza: Złota Seria
Ilość stron: 143
Ocena: 4

Źródło: Kolejkowo

Właściwie nie bardzo wiem od czego zacząć... Na dobry początek spróbuję zdradzić elementy fabuły. J. Khadra opisuje losy czterech obywateli Afganistanu, mieszkańców Kabulu, wyznawców Islamu: Atik - strażnik więzienia dla kobiet, Musarat - schorowana żona Atika, Mohsen - młody Afgańczyk, były właściciel sklepu, Zunaira - żona Mohsena, prawniczka udzielająca się w sprawie obrony kobiet. Tłem życia bohaterów jest współczesny Afganistan, kraj zniszczony wojną ze Związkiem Radzieckim, nękany przez oddziały Talibów, chylący się ku upadkowi moralnie i fizycznie.

Sklep Mohsena jest już tylko wspomnieniem, Zunaira utraciła wszelkie prawa i możliwość jakiegokolwiek działania. Zmuszona do wkładania kwefu, nie opuszcza swego skromnego mieszkanka (a właściwie ruiny, w której zamieszkali po zbombardowaniu ich domu). Mohsen snuje się po ulicach Kabulu bez celu, jego myśli krążą wokół wspomnień dawnego miasta i życia społeczności afgańskiej. Gdy nogi zanoszą go do miejsca, gdzie odbywa się mord (kamienowanie) na młodej kobiecie oskarżonej o prostytucję, bezwiednie przyłącza się do bestialskiego czynu. Kiedy dociera do niego, co uczynił, wraca do domu i postanawia opowiedzieć o wszystkim żonie - chce zrzucić z siebie ten ogromny ciężar leżący mu na sercu. Reakcja Zunairy jest jednak skrajnie różna od przewidzianej przez Mohsena. To dopiero początek kłopotów małżonków.

wtorek, 15 grudnia 2009

Tony Takitani



Autor: Haruki Murakami
Tytuł oryginału: Tony Takitani
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 30
Ocena: 4

Źródło: Kolejkowo

Książka wydana w ramach Ogólnopolskiej Kampanii Na Rzecz Wspierania Czytelnictwa CZYTELMANIA. Dużo czytam, dużo wiem!

Opowiadanie "Tony Takitani", jak wywnioskować można z liczby stron - jest bardzo krótkim opisem życia tytułowego bohatera. W wątku pojawiają się także ojciec Tony'ego oraz jego żona. Treść krótka, zwięzła, napisana ciekawym językiem. Jestem zwolenniczką krótkich form pisarskich, zwłaszcza opowiadań, jednak w tym przypadku brakowało mi czegoś, co by mnie wzruszyło, zaskoczyło czy zaciekawiło. Ot, po prostu rzut okiem na biografię pewnego człowieka, którego ojciec - muzyk jazzowy, człowiek powściągliwy w okazywaniu uczuć i wolna ptak - nazwał imieniem, którego w Japonii nie akceptowano. Sam Tony także unikał bliższych spotkań z ludźmi, aż do momentu, gdy do jego biura projektowego przybyła dziewczyna o szczególnych cechach osobowościowych i jeszcze bardziej szczególnym hobby...
Tym, co najbardziej popsuło mi radość z czytania opowiadania Murakamiego, jest ekspresowe i pobieżne pisanie niemal całego życia Tony'ego Takitaniego. Czyta się to jak streszczenie ciekawej książki, ale nie pozostawia za sobą tej chwili zadumy nad treścią i historią głównego bohatera. Mimo wszystko lubię styl pisania Murakamiego i tematy, które porusza, dlatego oceniam opowiadania na solidną czwórkę.

Kto ze mną pobiegnie



Autor: Dawid Grosman
Tytuł oryginalny: Mîšeh lrs 'itô
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 420

Źródło: Kolejkowo

To nie będzie recenzja tylko kilka luźnych przemyśleń. Na początku chciałabym zaznaczyć, że niestety przez miesiąc nie byłam w stanie przebrnąć przez pierwsze sto stron książki. Powody były różne: duża liczba obowiązków w pracy i na uczelni, brak zainteresowania, kiepski czas na czytanie tego rodzaju książek... To wszystko sprawiło, że "Kto ze mną pobiegnie" jest dla mnie nadal otwartą księgą, do której mam nadzieję kiedyś powrócę. Jednak na pewno nie zrobię tego w najbliższym czasie. Akcja książki nie wciągnęła mnie na tyle, żebym za nią tęskniła - toczyła się bardzo wolno i leniwie, losy głównych bohaterów przecinają się, ale do setnej strony nie wiadomo było, co z tego wyniknie. Większość czytelników pewnie twierdzi, że o to właśnie w książce chodzi. Dla mnie jednak taki "rodzaj" tajemnicy nie wpływa pozytywnie i szybko się nudzę. A ponieważ czas przetrzymywania tej pozycji w ramach akcji Kolejkowo minął, oddaję powieść Grosmana w czystym sumieniem (aczkolwiek mała zadra w sercu pozostanie, nie lubię poddawać się prawie na starcie :) ).
Nie oceniam tej książki, bo nie poznałam jej na tyle dobrze, by ustosunkować się do treści. Okładka trochę dziwaczna, ale nawiązująca do głównej bohaterki, a więc zrozumiała. No i lubię wydawnictwo WAB za sposób wydawania książek - czytelny i przede wszystkim spore odstępy między wersami, co uwielbiam w książkach :)

czwartek, 12 listopada 2009

Bezsenność w Tokio



Autor: Marcin Bruczkowski
Wydawnictwo: Rosner & Wspólnicy
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 395
Ocena: 4

Źródło: Kolejkowo

Tak naprawdę nie wiem jak skatalogować tę książkę: reportaż, obyczajowa, przygodowa... nie mam pojęcia. Jedno jest pewne - znajdziemy tu szczegółowy opis życia gajdzina (mieszkającego na stałe obcokrajowca) we współczesnej Japonii. Narratorem jest Marcin: Polak, absolwent filologii angielskiej, student kulturoznawstwa na jednym z tokijskich uniwersytetów, nauczyciel języka angielskiego, salaryman (pracownik firmy, najczęściej w garniturze), biznesmen konsultant (pracujący na własny rachunek). Takie właśnie zajęcia wyszukiwał sobie główny bohater książki. Nie to jednak jest rzeczą najważniejszą w powieści. Mnie najbardziej zaciekawiło to, czego o Japonii nie wiedziałam, lub inaczej - to, co wiedziałam, a co okazało się nieprawdą. Rozpoczynając od faktu, że Japończycy to bardzo hermetyczny naród, który nie akceptuje obcokrajowców jako pełnoprawnych członków społeczeństwa, kończąc na tak błahych sprawach jak brak toalety w mieszkaniach w stolicy (to szczerze przyznam wstrząsnęło mną bardzo).

Nie chcę opisywać wszystkich ciekawostek i dziwactw, jakie w Japonii można spotkać na każdym kroku. Napiszę więc tylko jak ja postrzegałam ten kraj i jego mieszkańców przed przeczytaniem tej lektury: sądziłam bowiem, że Japonia to kraj mlekiem i miodem płynący, stojący na wysokim szczeblu drabinki ekonomicznej świata - BŁĄD. Myślałam, że najpopularniejszym sportem w tym kraju jest karate, a zaraz po nim sumo - kolejny BŁĄD. I najciekawsze - nie mogłam sobie wyobrazić brudnego Japończyka i stosów wyrzuconych na skraju drogi śmieci (co w Polsce jest na ogół regułą) - a tu takie ZASKOCZENIE!!! Góry śmieci zasłaniające widoki na świątynie czy górę Fuji to coś, co zdumiało mnie chyba najbardziej. A ktoś mi ostatnio powiedział, że czystości i porządku nauczyliśmy się właśnie od mieszkańców kraju kwitnącej wiśni...

wtorek, 13 października 2009

Cztery życia wierzby


Autor: Shan Sa
Tytuł oryginału: Les quatre vies du saule
Tłumaczenie: Krystyna Sławińska
Wydawnictwo: Muza
Seria wydawnicza: Kalejdoskop
Rok wydania: 2004
Stron: 176
Ocena: 4

Źródło: Kolejkowo

"Cztery życia wierzby" to cztery opowiadania, cztery baśnie, cztery rozłożone w czasie historie. Jak zwykle Shan Sa oprowadza nas po zakątkach Chin, przede wszystkim ukazuje zakamarki Pekinu. Przemierzamy wraz z nią wieki, rozpoczynając od piętnastego, kończąc na dwudziestym. W każdym opowiadaniu pojawia się wierzba - niekoniecznie w postaci drzewa, lecz także jako postacie, imiona czy symbole.

Shan Sa jak zwykle w baśniowy sposób prowadzi narracje, opisy przyrody tchną życiem, dialogi są krótkie, ale treściwe.

niedziela, 11 października 2009

Middlesex


Autor: Jeffrey Eugenides
Tytuł oryginału: Middlesex
Tłumaczenie: Witold Kurylak
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2004
Stron: 608
Ocena: (cząstkowa) 4,5

Źródło: Kolejkowo

Nagroda literacka: Nagroda Pulitzera 2003

Do przeczytania tej książki zachęciła mnie biblionetka.pl. Pomyślałam: czemu nie... wysokie oceny, Nagroda Pulitzera, ciekawy tytuł - zaryzykuję. "Middlesex" wpadło w moje ręce w sierpniu br, a ponieważ ilość stron przybiła mnie już na starcie,postanowiłam nie czekać na odpowiednią porę i zacząć czytanie. Niestety w tym terminie rozpoczęłam nową pracę i nowe studia więc gdy tylko zabierałam się do czytania, po kilkunastu stronach książka lądowała na ziemi, a ja zasypiałam.
O czym jest powieść J. Eugenidesa? O dziewczynie, która stała się mężczyzną, o bardzo psotnym genie rujnującym niejako życie tej osoby. Znajdziemy tam także historię życia rodziny kilka pokoleń wstecz, która tłumaczy powstanie owego genu i rzeczywisty powód narodzin hermafrodyty Calliope (późniejszego Cala). Spróbuję teraz ogarnąc tę opasłą powieść i streścić nieco zagmatwane losy trzech pokoleń rodziny Stephanides.

Zgodnie z metryką urodzenia nazywam się Calliope Helen Stephanides, ale na moim sotatnim prawie jazdy (...) figuruje po prostu imię Cal. (...) Podobnie jak Tejrezasz, najpierw byłem jedną osobą, a później stałem się kimś innym. Byłem wyśmiewany przez kolegów w klasie, traktowany przez lekarzy jak królik doświadczalny, obmacywany przez specjalistów, stanowiłem też przedmiot badań finansowanych przez fundację March of Dimes. Zakochała się we mnie rudowłosa dziewczyna z Grosse Pointe, która nie zdawała sobie sprawy z tego, kim jestem (podobałem się również jej bratu). Czołg zawiódł mnie raz na pole bitwy miejskiej, w basenie przeobrażałem się w mityczną postać; opuszczałem swoje ciało, aby zająć ciała innych - a wszystko to wydarzyło się, zanim skończyłem szesnaście lat.*

piątek, 9 października 2009

[NOBLIŚCI] Sercątko


Autor: Herta Müller
Tytuł oryginału: Herztier
Tłumaczenie: Alicja Buras
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2003
Stron: 212
Ocena: (nieobiektywnie) 3,5

Źródło: Kolejkowo

Od dawna marzyłam o tym, by przeczytać jakąkolwiek powieść H. Muller. Tyle słyszałam o prozie tej pisarki, zaciekawiła mnie przede wszystkim opisami życia w Rumunii (bardzo intryguje mnie ostatnio ten kraj). Kiedy nadarzyła się okazja, pożyczyłam z kolejkowa "Sercątko". "Na oko" książka do oddania po tygodniu, może dwóch...

Niestety pozycja ta przerosła moje oczekiwania, możliwości i chęci. Po miesiącu czytania tkwiłam nadal na 70 stronie i nie byłam w stanie przebrnąć przez dalszą jej część.

sobota, 5 września 2009

Wszystkie boże dzieci tańczą



Autor: Haruki Murakami
Tytuł oryginalny: Kami-no kodomotachi-wa mina odoru
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza S.A.
Rok wydania: 2006
Stron: 182
Ocena: 5,5

Źródło: Kolejkowo

Haruki Murakami jest w Polsce bardzo popularny i zawsze zastanawiałam się co jest tego przyczyną. Swoją przygodę z owym autorem rozpoczęłam od "Norwegian wood". I szczerze przyznam - liczyłam na więcej. Kolejną pozycją było "Po zmierzchu" - lektura krótsza, ciekawsza, i jakby spokojniejsza. Tym samym nabrałam odwagi do sięgnięcia po zbiór opowiadań "Wszystkie boże dzieci tańczą" i tym razem się nie zawiodłam. Znalazłam w tej książce sześć przemyślanych, wciągających, zupełnie różnych historii. Oczywiście wszystkie dzieją się w Japonii, a wspólnym tłem jest trzęsienie ziemi w Kobe, jednak żadne opowiadanie nie łączy się z pozostałymi. Tym, co najbardziej ujęło mnie w lekturze, było przerwanie historii w połowie. Tak jakby autorowi pogubiły się kartki z zakończeniem lub jakby zupełnie nie miał pomysłu na ostatnie słowa. Dzięki temu zabiegowi Murakami sprawił, że po każdym opowiadaniu rozmyślałam, jak by się mogła skończyć historia lub cz bohater zrobi to, co mu los podtyka pod nos i jak tego dokona. Dało mi to niesamowitą satysfakcję uczestniczenia w tworzeniu opowiadania. Cytując więc znaną reklamę cukierków "poczułam się jak ktoś zupełnie wyjątkowy"...

Bardzo lubię krótkie formy literackie, akcja toczy się tam szybko, nie muszę czekać kilku godzin, żeby dokopać się do zakończenia, a na dodatek pomysły na opowiadania są zazwyczaj ciekawe i niekonwencjonalne :)