niedziela, 7 lutego 2010

Łańcuszek książkowy


Nie przepadam za tego typu zabawami, ale od czasu do czasu odpowiedzieć na kilka pytań nie zaszkodzi :) Do łańcuszka zaprosiła mnie Lis Książkowy.

Pytanie 1. Czy recenzje w gazetach, czasopismach itp. wpływają na wasz wybór książek? Czy bardziej polegacie na zdaniu znajomych lub swoim?

Recenzje książek ułatwiają mi wybór, pod warunkiem jednak, ze znajdują się na biblionetce i są autorstwa osób mi znanych lub osób, które mają podobne gusta literackie. Często sięgam po książki polecane - zwłaszcza przez koleżanki w kolejkowa lub ze studiów :)

2. Jeżeli książka została wydana po raz pierwszy w innym języku, a później po polsku i macie możliwość przeczytania jej w oryginale, którą wersję wybieracie.

Oczywiście po polsku. Mój zasób słownictwa i powolne czytanie nie skłaniają mnie do zabieranie się za oryginalne teksty, jeśli pisane są w obcym języku... Strasznie żałuję, że w dzieciństwie nikt nie naciskał mnie na edukację językową. Mówi się trudno...

3. Gdzie czytacie?

Najczęściej czytam w łóżku, czasami w autobusie w drodze na uczelnię; od czasu do czasu w poczekalni na przychodni, w ZUSie lub w pracy (kiedy dzieci dadzą nieco od siebie odetchnąć). No i ostatnio zdarza mi się też czytać książki w wannie, a to ze względu na półgodzinną potrzebę przebywania w miejscu ciepłym w celu odpowiedniego oddziaływania maseczki do włosów; a że nie lubię tak marnować czasu...;) - oczywiście w wannie czytam tylko książki, które są moją własnością.

Nie wiem jakie mogłabym zadać pytania... O wiele trudniej będzie chyba wywołać do odpowiedzi kolejne trzy osoby. Mimo wszystko spróbuję:

1. Gdybyś mógł(a) zamienić swoich sąsiadów na bohaterów literackich - kogo być wybrał(a) i dlaczego?

2. Czy zapisujesz i wykorzystujesz cytaty z książek? jeśli tak to w jakim celu lub w jakich momentach z nich korzystasz.

3. W którym miejscu występującym w literaturze chciał(a)być najbardziej zamieszkać i dlaczego?

Obawiam się jednak, że pytania te pozostaną bez odpowiedzi, ponieważ wszyscy znajomi brali już udział w powyższym łańcuszku, a ja nie chcę się narzucać nieznajomym. Mimo wszystko kto chciałby odpowiedzieć - niech się nie krępuje :)

czwartek, 4 lutego 2010

Siostra




Autor: Małgorzata Saramonowicz
Wydawnictwo: WAB/WAB i Wydawnictwo Małe
Seria: z zegarkiem/WAB w kieszeni
Rok wydania: 1996/1999
Ilość stron: 192/176
Ocena: 5,5

Źródło: własna biblioteczka/biblioteka miejska

Zaciekawienie
Niepewność
Obawa
Lęk
Strach
Przerażenie
Zdziwienie
Zadziwienie

Te wszystkie uczucia kolejno rodziły się i krążyły mi w głowie podczas i po przeczytaniu Siostry Małgorzaty Saramonowicz. A stało się tak dlatego, że nie przeczytałam wcześniej żadnej recenzji, opinii ani nawet notatki w okładce książki i zupełnie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Sądziłam, że będzie to powieść psychologiczna z elementami dramatu (czy raczej nostalgii). A tu takie zaskoczenie...

Jest to thriller psychologiczny ukazujący losy zgodnego i kochającego się małżeństwa: Marii i Jakuba. Ona zachodzi w ciążę, on się cieszy, planuje zapewne pokoik dziecięcy i resztę życia we trójkę. Nagle dzieje się coś, co zmienia jego życie w koszmar - Maria zapada w śpiączkę, lekarze zmuszają go do podjęcia decyzji o przerwaniu ciąży ze względu na zdrowie żony. Na dodatek zmuszony jest do spotkań w psychiatrą Anną Baum, która podziela obawy lekarzy. Jakub jest zupełnie zdezorientowany, nie potrafi znaleźć sobie miejsca w domu, na uczelni, na której wykłada filozofię. Jedyne, co wie na pewno, to fakt, że nie pozwoli, by ktokolwiek skrzywdził jego dziecko i żonę. Zaczyna zastanawiać się, co spowodowało letarg u Marii. Dowiaduje się, że jako 6-letnia dziewczyna, przeżyła to samo. Dowiaduje się także, że łączyły ją bardzo silne więzy w ojcem - lekarzem, specjalistą w dziedzinie ortopedii, który często wyjeżdżał za granicę, by wykładać na tamtejszych uczelniach wyższych (a były to czasy komuny). Łączyły, ponieważ ojciec zmarł przed kilkoma miesiącami. Czy to był powód śpiączki? Czy Maria nie potrafiła zdusić w sobie strachu wywołanego stratą najbliższego jej człowieka? Anna Baum twierdzi, że powodem jest lęk przed posiadaniem dziecka - Jakub nie wierzy jednak w ani jedno jej słowo...

Oprócz fabuły pojawiają się także liczne monologi, zaznaczane kursywą lub pogrubieniem. Wprowadzają nas one w zupełnie inny, odrealniony świat; brutalny, niedostępny, tajemniczy. Oba monologi można odczytywać jako dialog pomiędzy Marią a tajemniczym głosem, który usłyszeć może tylko ona. Głosem, łączącym ją ze światem zewnętrznym. Głosem, który w bardzo subiektywny i wygodny dla siebie sposób tłumaczy jej to, co dzieje się poza nią. Kim jest ów tajemniczy głos? Tego dowiadujemy się dopiero na ostatnich stronach książki (aczkolwiek można domyślić się tego wcześniej).

Zaczyna się walka z czasem. Jakub szuka, główkuje, znajduje coraz to dziwniejsze ślady; wokół niego dzieją się niezwykłe i wstrząsające zarazem rzeczy. Wszystko narasta w trakcie czytania, kumuluje się w głowie czytelnika - nie sposób odłożyć książki i zająć się innymi sprawami. Siostra pochłania czytelnika od początku do końca, trzyma w napięciu, przekazuje informacje, których nie jest on w stanie zinterpretować, mrozi krew w żyłach. Przede wszystkim jednak udowadnia, jak bardzo przeszłość może wpłynąć na dalsze życie. Jak bardzo należy szanować okres dzieciństwa, uważać, by nie zabierać i nie niszczyć go dziecku. Bo to może doprowadzić do tragicznych w skutkach zdarzeń.

Książka magiczna, niesamowita i zupełnie ZASKAKUJĄCA. Niestety nie wszystko wydało mi się takie czytelne i logiczne (przede wszystkim wspomniane wcześniej monologi) i mam wrażenie, że nie do końca zrozumiałam w jaki sposób Jakub dotarł do prawdy. Najważniejsze jednak, że zrozumiałam przesłanie i końcówka dała mi wiele do myślenia. Bardzo polecam tę książkę.

Postaram się w niedługim czasie przeczytać także Sanatorium tej samej autorki - podobno jeszcze ciekawsza książka. Uważam, że jako debiut Małgorzaty Saramonowicz Siostra zasługuje na wielkie uznanie. Chylę czoła przed pomysłem i sposobem wciągnięcia czytelnika w historię od pierwszej do ostatniej strony. Jak najwięcej takich powieści!


poniedziałek, 1 lutego 2010

Ptaki na moim podwórku

W ciągu kilku ostatnich dni zdołałam "zapolować" z aparatem na te ptaszki, których wcześniej nie sfotografowałam. Wielkimi miłośnikami słoniny są między innymi:


SIKORKA MODRASZKA (Parus caeruleus)
Charakteryzują się niebieską główką i skrzydełkami, żółtym brzuchem i specyficzną cienką kreską wzdłuż oczu (jakby wymalowała się eye-linerem ;)). Na podwórku zauważyłam tylko dwie sikorki modraszki i raczej nie jest to para - strasznie się dziobią i gonią pomiędzy gałęziami...

SIKORKA SOSNÓWKA (Parus ater)
Najmniejsza w polskich sikorek. Posiada charakterystyczny czubek na głowie i szarobrązowy brzuszek. Póki co tylko jedna przedstawicielka tego gatunku odwiedza moje podwórko .

DZIĘCIOŁ DUŻY (Dendrocopos major)
Dzięcioł z mojego podwórka to samiec, bo ma czerwoną plamkę na głowie i pod ogonem. Zaskoczyła mnie informacja, jaką wyczytałam w jednej z podręcznych encyklopedii - dzięcioł oprócz owoców drzew iglastych, robaków i soków drzew wyjada także jaja i małe pisklęta z gniazd innych ptaków; potrafi nawet zniszczyć budkę lęgową, by dostać się do zdobyczy...

W dalszym ciągu nie udaje mi się "upolować" sójki oraz sroki. Są tak czujne, że zanim dobiorą się do jedzenia, najpierw sprawdzają, czy nic w oknach się nie porusza. Kiedy zauważą choćby najmniejszy ruch- uciekają...

niedziela, 31 stycznia 2010

Spacer Aleją Filozofów

W tak piękną pogodę nie sposób usiedzieć w domu. Wybrałam się w towarzystwie narzeczonego do pobliskiego Gaju Świętopełka, którego współcześnie określa się mianem Alei Filozofów





Teren ten od XIV do XVIII wieku należał do klasztoru Kartuzów (ich historię i dziedzictwo opiszę i pokażę przy innej okazji)



Trasa wiedzie wzdłuż jeziora Klasztornego Małego, aż do Wyspy Łabędziej, na której odbywają się różne kartuskie festiwale i koncerty plenerowe



Wszędzie wokół około 40 cm śniegu, ale zabawa niesamowita :)



No i te widoki...





Nawet kaczki krzyżówki znalazły dla siebie miejsce w gaju



Niektórzy skracają drogę do miasta przechodząc przez jezioro, które w tej chwili ma już prawdopodobnie 30-40 cm warstwę lodu. My nie sprawdzaliśmy jego wytrzymałości, bo śniegu leżało tam więcej niż na ścieżce :)



Przy wejściu do gaju od 600 lat góruje kolegiata kartuska - kościół poklasztorny (i moja parafia) wraz z innymi zabytkowymi budynkami. Jak już wcześniej napisałam - o tym kościele jeszcze na pewno opowiem Wam w osobnym poście :)



A na koniec ciekawostka przyrodnicza - sople sięgające fundamentów budynku; takie widoki mam za oknem :D

czwartek, 28 stycznia 2010

Manuskrypt Chopina



Autor: Jeffrey Deaver, Lee Child, Lisa Scottoline, Joseph Finder, David Hewson, Peter Spiegelman, S. J. Rozan, Erica Spindler, John Ramsey Miller, James Grady, P. J. Parrish, Jim Fusilli, David Corbett, John Gilstrap, Ralph Pezzullo
Tytuł oryginału: The Chopin Manuscript
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Rok wydania: 2008
Ilość stron: 192
Ocena: 3,5

Źródło: Kolejkowo

Od dłuższego czasu twierdzę niezmiennie, że kryminały i sensacje nie są moją ulubioną rozrywką czytelniczą. Tym razem skusił mnie tytul, zapowiedź, jakoby akcja miała toczyć się w Polsce oraz spora liczba najlepszych pisarzy gatunku. Niestety dałam się skusić...

Manuskrypt Chopina to historia miłośników sztuki muzycznej, konkretniej zaś specjalistów sprawdzających, czy partytura jest oryginałem czy też falsyfikatem (nie wiem jak nazywa się taki zawód). Rzeczywiście mowa tu o oryginalnym utworze stworzonym i spisanym przez Chopina-, znalezionym prawdopodobnie przez sztab Hitlera podczas II wojny światowej i ukrytym na Bałkanach, w cerkwi Świętej Zofii (na tych ziemiach Hitler ponoć wywoził najcenniejsze trofea, by nikt ich nie odkrył). Harry Middleton - znawca partytur i ich falsyfikatów ma jednak wątpliwości do do autentyczności tego dzieła. Otrzymał ów manuskrypt od polskiego kolekcjonera sztuki i stroiciela fortepianów - Henryka Jedynaka. Niestety na krakowskim lotnisku Middleton zostaje zatrzymany na policję i przesłuchany przez Józefa Padłę, inspektora polskiej policji. Przekonany o pomyłce - sądzi, że policja uznała manuskrypt Chopina za oryginał i oskarża go o wywóz skarbu narodowego poza granice kraju - dowiaduje się, że Jedynak został brutalnie zamordowany, a ostatnią osobą, z którą się spotkał, był Middleton we własnej osobie.

Tak się składa, że Harold Middleton jest byłym pracownikiem wywiadu, który w przeszłości ścigał zbrodniarzy wojennych na Bałkanach i odzyskiwał liczne skarby ukryta tam podczas II wojny światowej. Po latach przychodzi mu ponownie wziąć udział w nie lada wyzwaniu, po raz kolejny trafia w środek cyklonu, którego motorem jest grupa bałkańskich bandytów. Okazuje się bowiem, że w niesłychanym dziele Chopina ukryta jest tajemnicza i bardzo niebezpieczna wiadomość, na której zależy wielu osobom...

Tak mniej więcej zawiązuje się akcja thrillera. Zapowiada się ciekawie, prawda? Jeśli dorzucimy jeszcze tylu wspaniałych autorów, z których każdy dorzuca swój oryginalny pomysł, by historia stała się jeszcze bardziej zagmatwana, to powinien być idealny przepis na bestseller. I pewnie takim mianem ją okrzyknięto, nie śledzę tego typu informacji :) Sam pomysł, na jaki wpadł J. Deaver, zapraszając do współpracy kolegów i koleżanki po fachu, jest bardzo ciekawy i powinien zaowocować niesamowitym zagęszczeniem akcji. Podejrzewam, że zasadą pisania Manuskryptu Chopina było wymyślanie przez kolejnych autorów coraz to nowych wątków, nawiązujących do tego, co stworzyli jego poprzednicy. Tak też w większości przypadków się działo, niestety nie wpłynęło to na wartość aż tak, jakby sobie tego życzyła.
Dlaczego? Nudne dialogi - to największy zarzut stawiany książce. Mam wrażenie, że większość kryminałów posiada dialogi na bardzo niskim poziomie więc ta pozycja akurat nie wyróżnia się na plus. Zbyt zachwiany portret psychologiczny głównych bohaterów - to zarzut numer dwa. Zbyt często najpierw byli bystrymi i inteligentnymi postaciami, by w następnym rozdziale wyjść na kompletnego nieudacznika. A najgorszą rzeczą, która irytuje mnie strasznie w większości kryminałów, jest tłumaczenie po przez dialogi tego, jak dana postać rozwiązała zagadkę. Czy nie wystarczyłoby opisać sposób zachowania, postawę ciała czy chociażby jedno znaczące słowo...?? Ludzie tym różnią się od innych stworzeń na świecie, że mają wolną wolę i rozum, który często działa bez zarzutów. Dajmy im pobudzić trochę wyobraźnię. Po pisać o czymś, do czego bardzo często dochodzimy już poprzez działanie bohaterów książki. Nie wiem, czy zrozumiałe jest to, co napisałam, podam więc przykład: osoba x odkrywa sedno sprawy, zostaje to opisane przez narratora, po czym ta sama osoba x opowiada o tym, co dokładnie zrobiła i jak doszła do rozwiązania sprawy osobie y... Przyznacie, że mało w tym logiki.

Podsumowując - książka średnia, banalna, nie wykorzystała w pełni potencjału jaki stworzyli zarówno autorzy jak i pomysł. Chyba doszłam ostatecznie do przekonania, że kryminały zajmować będą ostatnie miejsca na liście moich życiowych planów czytelniczych.

środa, 27 stycznia 2010

Wyspa daltonistów i wyspa sagowców



Autor: Oliver Sacks
Tytuł oryginału: The Island of the Colour-blind and Cycad Island
Tłumaczenie: Jolanta Bartosik
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2000
Ilość stron: 264
Ocena: 5

Źródło: Własna biblioteczka

Ostatnimi czasy, z przymusu czy z ciekawości, zaczynam czytać książki naukowe i popularnonaukowe. O ile poprzednie pozycje (""Porządek dyskursu" i "Sensy i bezsensy...") podyktowane były chęcią zdania egzaminu, o tyle po książkę O. Sacksa sięgnęłam z radością i świadomością czytania dla przyjemności. Bo wszystko, co napisze ten neurolog i psychiatra jest ciekawe, czytelne, niebanalne i prawdziwe. O. Sacks pokazuje, że to, co oparte na wiedzy i nauce niekoniecznie musi być szorstkie, mdłe i monotematyczne.

Wyspa daltonistów i wyspa sagowców opowiada nam o kilku wyspach położonych na Pacyfiku, w Makronezji (wyspy pomiędzy Japonią a Nową Gwineą), na które autor udał się w celu odkrycia i opisania niecodziennych endemicznych chorób: dziedzicznego daltonizmu oraz śmiertelną chorobę z nuerodegeneracją zwaną lytico-bodig. Jednakże czytelnik nie zostaje zarzucony terminologią i szczegółowymi analizami poszczególnych chorób, ponieważ autor skupia się na bardziej niezwykłych elementach owych wysp:
Na miejscu moją uwagę zaprzątnęło życie kulturalne i historia tych wysp, ich niepowtarzalna flora i fauna oraz osobliwe pochodzenie geologiczne. Wizyty u pacjentów, zwiedzanie miejsc, w których dokonano odkryć archeologicznych, chodzenie po wilgotnych lasach tropikalnych, pływanie z rurką po rafach koralowych na początku zdawały się nie mieć ze sobą nic wspólnego, ale później połączyły się w jedno niepodzielne doświadczenie całkowitego zanurzenia się w życiu wyspy.*


W pierwszej części swej książki O. Sacks opisuje przeżycia i spostrzeżenia dotyczące wysp Pingelap i Pohnpei, na których autor spotyka niezwykłą chorobę genetyczną zwaną achromatopsją (lub po prostu daltonizmem całkowitym), charakteryzującą się brakiem widzenia jakichkolwiek kolorów poza odcieniami szarości. Poza tym ludzie objęci tą chorobą są bardzo wrażliwi na światło słoneczne, a najlepiej funkcjonują nocą. Trochę przypominają tym sowy czy inne nocne zwierzęta. Ale - co ciekawe i niesamowite - chorzy wcale nie skarżą się na swój los. O ile na świecie achromatopsja zdarza się przeciętnie u jednego na trzydzieści, czterdzieści tysięcy ludzi, o tyle na wyspach Pingelap i Pohnpei co piąty mieszkaniec obdarzony został tą niezwykłą ułomnością. Czy jednak można tę chorobę rzeczywiście nazwać niepełnosprawnością..? Wystarczy spojrzeć na czarno-białą fotografię, by dostrzec rzeczy, których na kolorowym zdjęciu byśmy nie dojrzeli. Oto czar i urok bycia daltonistą.

Wraz z Sacksem w podróż tę wyrusza norweski uczony Knut Nordby, także dotknięty achromatopsją. Dzięki niemu Sacks zaczyna lepiej rozumieć zarówno tę rzadką chorobę, jak i osoby, które muszą z nią żyć. Nie chcę tu opisywać wszystkich mieszkańców wysp, z którymi spotykał się autor książki. Jedyne, co chcę podkreślić, to bardzo ciekawy sposób na przedstawienie zagadnienia i całej tej podróży. Sacks oczywiście opisuje podstawowe cechy, objawy i prawdopodobne przyczyny choroby, ale wplata je pomiędzy wiele innych ciekawych tematów, takich jak historia wysp, ich flora i fauna, zwyczaje i tryb życia tamtejszych mieszkańców - tak różny od europejskiego...

Druga część książki poświęcona zostaje wyspie Guam, którą Sacks nazywa także wyspą Sagowców. Dlaczego? Ponieważ w tym miejscu rośnie najwięcej gatunków drzew sprzed wielu milionów lat - sagowców (czyli różnego rodzaju cykasów itp.). Autor, od dziecka zauroczony ilustracjami przedstawiającymi gigantyczne drzewa, które przypominają paprocie, postanawia odwiedzić je w ich naturalnym środowisku. Przy okazji ma zamiar przyjrzeć się niespotykanej nigdzie poza wyspą chorobie - połączeniem parkinsonizmu, demencji, licznymi skurczami różnych grup mięśni, drżeniami i innymi objawami - zwaną po prostu lytico-bodig. Nie jestem w stanie dokładnie wytłumaczyć, czym objawia się owo schorzenie, ale autor opisuje je dosyć dokładnie i bardzo ciekawie. A czyni to z pomocą znajomego, mieszkającego od kilkunastu lat na Guam - Jahna Steela, neurologa zafascynowanego społecznością i oczywiście chorobą, która dotknęła liczną grupę ludzi na wyspie. Dzięki niemu Sacks poznaje niespotykane dotąd połączenia chorób, a co najważniejsze - niesłychany spokój i zdanie się na los osób dotkniętych chorobą. Dla nas, Europejczyków, przyzwyczajony do szybkiego i intensywnego trybu życia, porażenie kończyn czy demencja byłaby końcem świata. Tam, na Guam, jest to naturalny stan rzeczy, zdarzają się rodziny, w których najstarsze wszyscy ze starszego pokolenia cierpią na różne odmiany tej choroby, a młodsi członkowie rodziny opiekują się nimi i nie narzekają. To niesamowite spotkanie z zupełnie różną od naszej mentalnością.

Oczywiście Sacks stara się wytłumaczyć, zbadać pochodzenie i przyczyny tej przedziwnej choroby, niestety wyjeżdża stamtąd z większą ilością znaków zapytania niż odpowiedzi na nurtujące go kwestie. To właśnie charakteryzuje książki O. Sacksa - zadaje sobie i czytelnikowi wiele pytań, na które znajduje bardzo mało odpowiedzi. Tym samym zachęca każdego z nas do otwarcia się na świat, dostrzeżenia małych fragmentów mozaiki, w której znajduje się każdy z nas. Książka niewielka objętościowo, ale ogromna treściowo.

Uwielbiam tego autora i żałuję strasznie, że jego książki są ta rzadko wydawane i kosztują sporo jak na kieszeń przeciętnego studenta. Ukazała się mała iskierka w ciemnym tunelu - wydawnictwo Zysk i s-ka wznowiło wydanie "O mężczyźnie, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" - najciekawszą i najbardziej pożądaną książkę O. Sacksa. Być może niedługo wydadzą po raz drugi inne jego dzieła. Póki co pozostaje mi czekać i szukać okazji na aukcjach internetowych.



*O. Sacks Wyspa daltonistów..., wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2000, s.9;

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Dokarmiajmy ptaszki!!!

Jak wiadomo od kilku tygodni mróz trzyma w ryzach całą Polskę i ani myśli zelżeć. W wiadomościach podają informacje o 11 osobach śmiertelnych (którzy umierają na własne życzenie, nie chcąc udać się do noclegowni). Jednak większość z nas potrafi o siebie zadbać podczas tak ostrej zimy. Niestety zwierzęta nie mają tyle szczęścia. Zwierzynie leśnej myśliwi i leśnicy wożą codziennie siano, żołędzie i warzywa do paśników. Ale o ptaszki musimy zadbać my - TY w mieście, Ty na wsi, i JA :)

Na moim podwórku pokazały się liczne ptaki, a wśród nich:




SIKORKA BOGATKA (Parus Major)


KOS (Turdus merula)


KWICZOŁ (Turdus pilaris)

A także: gile, dzięcioły, sroki, sójki, sikorki modraszki (te z niebieską główką). Niestety nie udało mi się zrobić zdjęć tym ptakom. Muszę działać w ukryciu, a one są bardzo czujne, stąd też jakość zdjęć przeciętna, ale żeby nie być gołosłownym, warto wstawić jakiś dowód obecności różnych ptaków.

Tegoroczna zima jest pełna niespodziewanych gości. Kilka dni temu wieczorem odkryłam, kto kradnie jedzenie dla ptaków, tak długo i wytrwale przeze mnie przygotowywane - okazuje się, że to KUNA LEŚNA, która właściwie nie pojawia się w pobliżu zabudowań. Kiedy zauważyłam ją, bawiącą się na śniegu i skaczącą przez zmarznięte zaspy śnieżne, byłam tak oczarowana, że zapomniałam pobiec po aparat... Więc w tym przypadku po prostu musicie uwierzyć mi na słowo :)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

W kinie - AVATAR



Reżyseria: James Cameron
Tytuł oryginału: Avatar
Kraj/rok: USA, Wielka Brytania 2009
Dystrybutor: Imperial-Cinepix
Czas trwania: 162 minuty
Ocena: 5,5

Mimo, że film ten od miesiąca króluje w polskich kinach, ja wybrałam się na niego dopiero wczoraj. Oczywiście wybrałam formę 3D, zawsze tak robię, gdy mam możliwość wyboru. W tym przypadku było to wręcz wskazane. Dlaczego? Nie jestem pewna czy będę w stanie oddać cały urok "Avatara" - jednego z najlepszych filmów, jakie udało mi się obejrzeć w ciągu ostatnich kilku lat.

Na początek trochę fabuły: Ludzie z planety Ziemia odkryli obcy świat - Pandorę, którą zamieszkują Na'vi - postacie człekokształtne z kocim ogonem, uszami, zębami, a przede wszystkim zwinnością i sprytem. Tworzą hermetyczny świat, w którym żyją w harmonii z naturą i duchami przeszłości.



A ludzie, jak to ludzie, zawsze wszędzie wyczują interes, a gdzie interes, tam wielkie pieniądze. Na Pandorze występuje niezwykle cenny minerał (chyba) wart miliardy dolarów. Jest tylko jeden problem - żyła złota znajduje się w miejscu, w którym żyje klan Na'vi. Wojsko wraz z imperium finansującym pobyt na planecie poszukują rozwiązania pokojowego, czyli mają zamiar przekonać tubylców, by zmienili miejsce zamieszkania. Wykorzystują w tym celu wiedzę i doświadczenie dr Grace Augustin, zafascynowanej tamtejszym światem, badającej tamtejsze struktury społeczne, zachowanie, wierzenia oraz florę i faunę. To ona tworzy "most" łączący świat ludzi z plemieniem Na'vi - Avatary, które połączone z neuronami ludzkimi (to dłuższa historia i nie będę jej opisywać) potrafią poruszać się, rozmawiać, a przede wszystkim czuć, myśleć i działać jak człowiek, tyle, że w ciele członka Na'vi.



Jednym w ludzi, którzy wchodzą w skórę Avatara jest Jake Sully, były żołnierz marrines, poruszający się na wózku inwalidzkim, totalny laik w kwestii bycia Avatarem (najpierw trzeba przejść kilkuletnie szkolenie, poznać język Na'vi itp). I to on zostaje wybrańcem losu, wysłanym z misją przekonania tubylców do przesiedlenia się na inne tereny Pandory. Co się wydarzy? Czy uda mu się kogokolwiek przekonać? Zobaczcie, bo naprawdę warto!!!



Przede wszystkim warto obejrzeć ten film ze względów wizualnych. Zrobiony jest świetnie (aczkolwiek czytałam też opinie, jakoby widoczne były cienie kamer i inne podobne niuanse...). Projekcja 3D sprawia, że widz czuje się, jakby sam stawiał kroki na niezwykłej planecie, sam wkraczał na obce sobie ścieżki i sam był w stanie dotknąć każdego bohatera. Tysiące odcieni błękitu i zieleni mieni się tyloma kolorami, że nie wiadomo na czym zawiesić oko. Sam pomysł stworzenia innego świata jest powielony i może mało oryginalny, ale naprawdę chwycił mnie za serce i kazał mi się nieco zastanowić nad głównym problemem współczesnej cywilizacji - pogonią za władzą i pieniądzem.



"Avatar" dwukrotnie wywołał we mnie wzruszenie. Oczywiście jak większość kobiet, jestem wrażliwa na wszelkie przejawy pozytywnych uczuć, takich "ode serca". Jeśli dołożyć do tego heroiczną walkę o to, co najważniejsze na świecie w czasie, gdy to coś zastaje dopiero odkryte, to jak dla mnie film spełnia kryteria bardzo dobrego. Na ogół stronię od dzieł science-fiction, ale w "Avatarze" zupełnie nie przeszkadzało mi istnienie obcej planety, obcej cywilizacji i zupełnie odmienne funkcjonowanie ludzi. Ten film to nie tylko historia miłości, nie tylko bajka z morałem, to przede wszystkim historia, z którą spotykamy się na co dzień, ubrana tylko w nieco inne szaty i przeniesiona na zupełnie magiczny grunt. J. Cameron poruszył w swym dziele bardzo ważne kwestie (nie wiem czy świadomie, czy też nie) i ja je odebrałam na swój "samarytański" sposób :)

Ciekawa jestem jak wy odbieracie sens "Avatara" i czy w ogóle macie ochotę obejrzeć go w najbliższym czasie...

piątek, 15 stycznia 2010

Zima na Kaszubach :)

Nie pamiętam już kiedy ostatnio zima utrzymywała się przez miesiąc, śnieg utrzymywał się na polach i łąkach, a mróz malował swoje piękne wzorki na oknach, drzewach, płotach i altanach... Jak mi tego brakowało!!!



Zima nie odpuszcza, podobno ma się utrzymywać do połowy lutego. W telewizji mówią, że mróz sięga -5 stopni C, ale na naszych termometrach codziennie widać -10 i więcej. Na efekty nie trzeba długo czekać...



Nie przeszkadza mi ani mróz, ani utrudniony dojazd do pracy, ani nawet ciężkie parkowanie (ostatnio spadło ok. 40 cm śniegu i całe miasto - Kartuzy - zarzucone jest śniegiem. Ulice odgradza od chodników wysoka warstwa śniegu, stąd bezpieczniej się chodzi i kierowcy się nie martwią, że im ktoś na ulicę wyskoczy :)). Na wszystko znajdzie się sposób.



Zdjęcia do najlepszych nie należą, zrobiłam je zwykłym aparatem cyfrowym siostry, w drodze do jej domu - mieszka 600 m ode mnie ;)

W sobotę czeka mnie prawdziwy kaszubski kulig, z pochodniami, saniami, ogniskiem, kiełbaskami i grzańcem... Już nie mogę się doczekać!!!

Sensy i bezsensy edukacji wczesnoszkolnej



Autor: Dorota Klus-Stańska, Marzenna Nowicka
Wydawnictwo: WSiP
Seria: Edukacja przedszkolna i wczesnoszkolna
Ilość stron: 240
Ocena: 5

Źródło: własna biblioteczka

Tę książkę przeczytałam z trzech powodów: zdania egzaminu ustnego u autorki (prof. D. Klus-Stańskiej), zainteresowania tematem oraz ciekawości. Jak wielka jest różnica pomiędzy czytaniem książki autora, którego się zna, rozmawia z nim i rozumie jego sposób postrzegania świata. Prof. D. Klus-Stańska jest drobną, zupełnie niepozorną kobietą w sile wieku, jednak jej wiedza, charyzma, pewność siebie i wiara w to, co robi jest tak wielka, że po każdym zakończonym wykładzie wychodziliśmy i dyskutowaliśmy to, co nam powiedziała. Było to jedno z najciekawszych przeżyć w całej mojej karierze naukowej, przede wszystkim jednak wykłady te stworzyły ogromny mętlik w głowie i zmusiły mnie do zastanowienia się nad postępowwaniem i kształtowaniem wiedzy u przedszkolaków, którymi się opiekuję. Od czasu spotkania prof. D. Klus-Stańskiej praktycznie codziennie zadaję sobie pytanie: czy w odpowiedni sposób pozwalam moim podopiecznym kształtować wiedzę? Nie przekazywać jej, ale kształtować właśnie przez ich doświadczenia.

To pytanie jest właśnie kwintesencją treści książki. Autorki przedstawiają w niej typowy polski model edukacji wczesnoszkolnej ze wszystkimi jego wadami (niestety pozytywów w książce jest jak na lekarstwo), następnie wskazują możliwości jego zmiany, sposobu innego spojrzenia na wychowanie. Nauczyciel nie jest mistrzem, bogiem dla dzieci - nie wie wszystkiego i nie musi znać wszystkich odpowiedzi na pytania stawiane przez uczniów. Często bywa tak, że to od swych podopiecznych można nauczyć się czegoś ciekawego (ja z przedszkola wynoszę ogromną wiedzę na temat zabawek i postaci z bajek - i tego uczą mnie maluszki :)).

Książka podzielona została na poszczególne bloki tematyczne: Czytanie, pisanie, mówienie, edukacja matematyczna, integracja treści. Każdy w tych działów opisany jest dosyć szczegółowo, przytaczane zostają fragmenty hospitowanych lekcji w klasach początkowych. wszystko to ma służyć pokazaniu jak nie powinno się robić. Dla kontrastu autorki podają przykłady zajęć prowadzonych w alternatywnej szkole stworzonej w Olsztynie (której założycielką była m.in. D. Klus-Stańska), w której stawiano główny nacisk na zadania i pytania problemowe. Nie uczono tam definicji, wzorów, nie podawano konkretnych terminów matematycznych. Dzieci same wpadały* na pomysł jak wytłumaczyć sobie i innym co to jest mnożenie i na czym to polega. Nauczyciel służył tylko do tego, żeby podać dzieciom pomysł, impuls do działania. Dużo by opowiadać o owej szkole, nie to jest jednak tematem mojej pisaniny:)

Propozycje innego spojrzenia na edukację wczesnoszkolną i dzieci uczęszczające do szkół zawarte w tej książce są bardzo ciekawe i twórcze, podpowiadają nauczycielowi wiele ciekawych i niekonwencjonalnych rozwiązań (np. interpretacja treści "Kopciuszka" poprzez pytanie: czy Kopciuszek był kobietą sukcesu?). Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać, nie wszystko można zaakceptować. Dla mnie osobiście pozycja ta, pomimo wielu cennych wskazówek i racjonalnych argumentów, jest zbyt krytyczna i zbyt negatywnie ukazuje rzeczywistość. Jest przesycona negowaniem zastanej rzeczywistości, a to po kilku godzinach czytania zaczyna nużyć, drażnić i irytować - jest to mój jedyny zarzut do książki, na tyle duży, że kazał mi obniżyć ocenę o jeden punkt.

Autorki dają nam do zrozumienia, że to, co proponują nie jest wytworem ich wyobraźni, lecz wypróbowanym w działaniu elementem wychowania. Ja osobiście odebrałam to jako utopię, nie wierzę, by szkolnictwo polskie było w stanie dokonać tak radykalnych zmian. Mimo to na pewno skorzystam z wielu rad i pomysłów, które przedstawiły i odpowiednio uargumentowały D. Klus-Stańska i M. Nowicka.

Wierzę w to, że edukacja wczesnoszkolna jest w stanie małymi i drobnymi kroczkami dokonać kilku radykalnych zmian w sposobie myślenia i postępowania. Dla tych nauczycieli, którzy też mają w obie tyle wiary i ochoty do walki z wiatrakami zapraszam do lektury i wspólnego boju i dobrą sprawę - naprawdę warto!