środa, 2 czerwca 2010

W kinie - Robin Hood

Reżyseria: Ridley Scott
Tytuł oryginału: Robin Hood
Kraj/rok: USA, Wielka Brytania/maj 2010
Dystrybucja: United International Pictures Sp z o.o. 
Czas trwania: 146 minut
Ocena: 5


Od czego by tu zacząć... Może od treści filmu. Zainteresowani wiedzą zapewne, że ta wersja Robin Hooda nie ma prawie nic wspólnego z wcześniejszymi filmami ukazującymi przygody dzielnego banity i łucznika. Dzieło Ridleya Scotta nawiązuje bowiem do chwili, gdy król Ryszard Lwie Serce powraca z krucjaty (nieudanej i nie przynoszącej mu sławy). Wśród poddanych walczących u jego boku znalazł się take Robin Longstride, łucznik nie posiadający rodziny, domu ani swego miejsca z Anglii - jednym słowem nie liczący się pionek w rozgrywkach króla o prestiż i władzę. Jednym z problemów Robina jest mówienie prawdy zawsze i wszędzie. Gdy Ryszard Lwie Serce pyta go, co sądzi o krucjacie, ten zarzuca królowi porażkę i utratę prestiżu, za co wraz ze swymi towarzyszami zostaje zakuty w dyby. Robin wykorzystuje chwilę nieuwagi wojska i wraz z kompanami postanawia udać się do Anglii własną drogą.




Tymczasem król Francji (Filip II) postanawia zgładzić króla Anglii, zmanipulować jego następcę - młodszego brata Ryszarda i zawładnąć wyspami. W tym celu planuje zasadzkę na króla Anglii i jego świtę niedaleko wybrzeży Francji. Plan zakończy się częściowym powodzeniem: król i jego świta nie żyją. Lecz na horyzoncie (zupełnie przypadkiem oczywiście) pojawia się Robin ze swymi kompanami i ratuje królewską koronę. Tu poznaje także umierającego sir Roberta Loxley'a, któremu składa obietnicę przekazania ojcu (sir Walterowi) miecza, zabranego na krucjatę bez jego zgody....

Tak zaczyna się przygoda Robin Hooda. Zapytacie - a gdzie Marion? Gdzie historia miłosna?? Gdzie wesołe towarzystwo dzielnego banity??? Otóż... Marion (grana przez cudowną Cate Blanchett) pojawia się już na początku filmu jako żona rycerza i kompana Ryszarda Lwie Serce, na której barkach spoczywa zarządzanie wioską i jej mieszkańcami. I daje sobie z tym radę fantastycznie. Losy Marion i Robina stykają się w chwili, gdy łucznik przybywa, by oddać miecz ojcu jej męża. Ten natomiast wpada na dość niekonwencjonalny pomysł... Tu właśnie pojawia się wątek miłosny - piękny, magiczny i z humorem, czyli taki, jaki lubię :)

Co mnie zachwyciło w tym filmie? Oczywiście główni bohaterowie grani przez moich ulubionych aktorów. R. Crowe zachowuje sporo cech gladiatora z poprzedniego filmu Scotta (m. in. sposób poruszania się, odwaga, wspaniała jazda konna), ale w Robin Hoodzie pojawia się coś, czego nie było w Gladiatorze - mianowicie humor sytuacyjny, w którym zarówno Crowe jak i Blanchett odnaleźli się fenomenalnie. Dzięki temu film zyskał nieco lekkości, realności, nie był tak pompatyczny i wydumany. A przy tym wciągał, zaskakiwał i chciałam, żeby trwał jak najdłużej.

Niestety były też niuanse, które obniżyły loty filmu. Rozumiem, że Robin Hood jako postać pół-historyczna musi mieć swoje korzenie i swoją historię, lecz to, co zaproponowali twórcy filmu zburzyło ten ciekawy i niebanalny sposób przedstawienia postaci. Wystarczył jeden krótki wątek, by Robin Hood ze zwykłego łucznika osieroconego w wieku sześciu lat stał się wybrańcem Boga. I to w moim odczuciu strasznie gryzło się  z dotychczasowym jego wizerunkiem. Ale to chyba jedyny większy zarzut odnoszący się do filmu.

Cóż więcej dodać - piękne ujęcia, piękna muzyka, ciekawa i niebanalna historia i świetna obsada... Czegóż jeszcze trzeba. Z niecierpliwością czekam na drugą część przygód Robina - bo ta na pewno się pojawi! 

3 komentarze:

  1. Tak bardzo chciałam obejrzeć i przegapiłam. Muszę cierpliwie czekać na wersję dvd.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale to już nie będzie to samo... W kinie takie filmy zupełnie inaczej się odbiera :) ale mimo wszystko obejrzeć trzeba!!!

    OdpowiedzUsuń